Kalifornijscy surferzy i paryskie piwnice

Jest taki zespół, którego muzyke opisuje się plątaniną gatunków zajmującą dwa akapity maszynopisu. Śpiewają w nieznajomym mi języku i w rytmie, który od lipca 2013 roku już nie opuścił mojej ciągle zapętlanej playlisty. Proszę państwa, oto La Femme. Po raz kolejny!

 

Ja chyba nie umiem pisać recenzji. Nikt mi tego w twarz nie powiedział (no, kilka razy napisał), ale przeczuwam że zapis emocji w czasie słuchania/oglądania utworu, którego się recenzuje, to nie za bardzo definicja subiektywnego przedstawienia dzieła. Popełniłem ten wpis o Psycho Tropical Berlin w październiku 2013 roku, 7 miesięcy po debiucie bohaterów wpisu. I wiecie co? Dopisałbym drugie tyle zachwytów.

Ciągle ją zapętlam, a po ostatnim rozszerzeniu, gdzie doszło pięć nowych kawałków to już moje uzależnienie. Tyle o moich przeczucicach. Dziś dla odmiany zajmiemy się samym zespołem. Mimo, że nie ma jeszcze materiału do recenzowania, to w ramach rozgrzewki i powtórki, zapraszam!

Zrzut ekranu 2016-06-02 o 20.29.23
Chilloucik z Franciszkiem. Wciąż nie mogę dojść o co kaman z tym logiem La Femme. Rozpostarta ręka zagarniająca resztki mizognizmu?

Tropical: Pozytywne wibracje, słońce i plażowanie

Takie właśnie jest miasteczko Biarritz skąd pochodzi zespół. I tam wszystko się zaczęło. Położone na zachodnim wybrzeżu Francji, rzut kamykiem od Bilbao, spękane turystami i ludźmi, którzy cały rok biegają w krótkich spodenkach. Taka jest też Kalifornia, gdzie szóstka z La Femme w czerwcu 2013 (wtedy jeszcze ze świeżą płytą i toną samozadowolenia) wyrwała się na wakacje. Przygarnięci przez niebiańskich surferów z kwadratowymi szczękami i wieczną opalenizną bladzi i niegramotni Francuzi wykręcili 27 koncertów. Taka jest oficjalna wersja.

Poruszali się autostopem organizowanym ad hoc na facebooku i spali w vanach, które udostępniała im rosnąca z każdym gigiem fanowska eskadra. Wcale nie wymęczeni, a jeszcze bardziej zenergetyzowani wrócili do Europy i wydali Extend Play do swojego pierwszego albumu. Stary kontynent roznieśli kolejnymi dziesiątkami koncertów, obskoczyli kilka festiwali i podsumowali rok w Olympii*** – kultowym miejscu kojarzonym z wielką francuską muzyką.

Potem już pierwsze miejsca w rankingach muzyki alternatywnej, listy pochwalne od Jean Michel Jarre’a i Romain’a Gavres’a i gościnne występy w telewizji. Ale – jak podkreśla gitarzysta Sacha Got – „La femme nie jest inkluzywne, jest ekskluzywne”. Nie osiedli, ruszyli dalej w niszowe koncerciki i małe klubowe sceny płynąc na fali… właśnie czego?

1233408_10151680872973752_466245854_n
Rock en seine 2013. Zaraz po debiucie. Ciągle na fali

Psycho: Tygiel dziwnych, hipnotycznych nastrojów na granicy jaźni

Pamiętam czasy lastfm, kiedy tagowało się ulubione piosenki true tagamiżeby wyjść na true listenera, po czym w przypływie weny i uwielbienia wymieniało się znajomymi co bardziej niszowymi pod-gatunkami, co by wyjść na najbardziej alternatywnych.

Tak teraz patrzę na recenzję i artykuły o La Femme i dochodzą do wniosku że byliśmy cieniasami. Natłok określeń, które stosuje się by oddać to co grają te Francuzy jest z jednej strony komiczny, a z drugiej bardzo prawdziwy. Sam tak mam: słucham i się zastanawiam. Skąd to się im wzięło? To nie może być tylko mocny alkohol i życie w imię motta „Piłeś? Posyp!”. To jest cholera tona dobrego warsztatu i najrawdopodobniej wstrzykiwanie sobie starych francuskich winylów prosto w aorty całymi wieczorami od 10 roku życia.

No, to zacznijmy.

Lata 60 i francuski gatunek yéyé z gwiazdami France Gall, czy Françoise Hardy. Coś wam to mówi? Mi nic. Nawet nie mam siły tego googlować. Psychodelia, rockabilly, electro i punk zakrapiany cuba libre i amerykańskim piewm dla surferów.

Coś już świta? Widzę, że się uśmiechacie. To jedziemy dalej, bo my tutaj dopiero skrobiemy powierzchnię jeśli chodzi o gatunkowy galimatias, który krytycy muzyki chcą nam wyłożyć w nadziei, że zrozumiemy z czym mamy do czynienia, jeszcze przed włożeniem kompaktu do odtwarzacza.

psycho
Próba oddania gatunku obrazem. Wartym więcej niż tysiąc hashtagów.

„Grim meets glam” przepuszczone przez filtr The Ventures, który tworzy ostatecznie nową „nową falę” i kończy jako nieślubne dziecko Kraftwerku i The Velvet Underground.

O, tak lepiej.

Berlin: zimny jak kod binarny i wyrachowane electro

Tutaj od razu zarzucę wam kawałkiem Witch Dub The Baby Doll

Ten trzeci, zimny świat tworzący pierwszy album La Femme to niczym romantyczno fatalistyczna łyżka transcedentalnego dziegciu. Okej, za daleko, może trochę przeglancowałem, ale dzięki temu czuć że ta płyta ma kręgosłup.

Wiecie, jak ta rozprawka na egzaminie gimnazjalnym: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Zaczyna się słonecznie i choć słońce w końcu zajdzie, to nadejdzie jeszcze gorąca, podlewana rumem noc. Po wszystkim trzeba będzie w końcu usiąść na krawężniku i poświęcić chwilę na rozterki. Przecież jest 6 rano.

I tu wchodzi ten Berlin.

berlin
Berlin może być nawe taki, z mgłą.

I ja się rozpływam, a moje plany co do wyważonego opisu legną w gruzach. I wcale nie przestaje słuchać i zapętlać i nie wiem nawet czy starczy mi miejsca w tym wpisie, żeby opisać coś jeszcze skonkludować.

No dobra, starczy.

Widoki, nadzieje, przepowiednie

Jaka będzie ta nowa płyta? A czy Lewadowski wygra euro 2016? Czy będzie jutro padać? Z tych trzech pytań nie obawiam się tylko o to pierwsze. Sądząc po Sphynx – pierwszym singlu (od razu z teledyskiem, a ja nie oglądam teledysków) – jest dobrze.

Czuję, że skręcili mocniej w stronę syntezatorów, ale ten przeszywający wokal Clémence Quélennec czy też Clary Luciani i brzmienie z pogranicza (uwaga!) krautrocka/ i psych-punku trwa mocno. I aż podskakuje wewnątrz z radości, że grono odbiorców wśród polskiej młodzieży rośnie i przestaje być tak mocno niezrozumianym frankofilem w tej sferze.

Plaża, boombox i nowa płyta unosząca się nad rozgrzanym piaskiem. A my wszyscy na wpół rozebrani i na biało. W tle zachodzące słońce. Komary nie istnieją, a promile rozpływają się w ustach. Nieważne jaki masz kolor szminki, ani czy płakałaś na koncercie Florence and the Machine z plastikowym wiankiem we włosach. Chodź, zatańczymy.

Tak to widzę.

PS Wrócę do was z nową płytą.

PS2 (Co do tej Olympii) Tak, to ten koncert, na którego miałem bilet i już bym cholera poleciał, gdyby nie okazało się, że Paryż to wcale taki tani nie jest, a z powodu ataków terrorystycznych odwołali mi ostatecznie lot. To było już po tym jak spieniężyłem wejściówkę za 150% ceny początkowej. Taki tam jedyny plus w tej szarzyźnie. Na szczęście na horyzoncie pojawił się kolejny gig, tym razem w styczniu! Tym razem nie zawiodę!

Edit 04.06.2016

Trochę fałszywy alarm. Ogłaszany na trzeciego czerwca wielki event to nie cała nowa płyta, acz singiel „Ou va la monde” (Dokąd zmierza świat). Powiem tak: słucha się świetnie. Trochę się myliłem z tymi syntezatorami. Jest bardzo łagodnie, jest wokal Marlon Magnée, jest Clémence Quélennec. Jest pięknie. Pływa wszystko bardzo zgrabnie, a outro (czyli to co w piosenkach lubię najbardziej) od 04:02 wprowadza wszystko to, za co pokochałem La Femme na poprzednim albumie. Tylko może, no nie wiem, dojrzalej?

Apetyt rośnie w miarę słuchania!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s