The Chemical Brothers – Born in the Echoes [2015]


Recenzja nowej, dopiero co wypuszczonej płyty Chemicalsów! TAK!

Wiecie co? Daruje sobie wstęp złożony z krótkiej notki biograficznej. Jeżeli już tu jesteście to zakładam, że znacie zespół i jesteście mu choć w jakimś stopniu oddani. Dla tych, którzy magicznego duetu z miasta Manchester w osobach Toma Rowlandsa i Eda Simmonsa nie kojarzą, polecam szybki, trój-utworowy kurs. Posłuchajcie tego, tego i tego. Jaśniej?

A teraz do rzeczy.

Znacie pewnie „Go”? Leciało w Radiowej Trójce, razem z „Sometimes I feel so deserted”. Bardzo skoczne utwory, lecące na dużym przed-premierowym hypie. Pełne energii, Block-rockin-beats-owej, pisanej białą kredą na gorącym asfalcie tanecznej rozróby. Mimo wszystko, pół-celowo zdedydowałem się je pominąć w we właściwej „recenzji”.
Te dwa kawałki wykonują wzorowo swoje zadanie. Obeznanych z dotychczasowym dorobkiem The Chemical Brothers mówią wprost „Wracamy. To my. Siadaj tutaj i daj się ponieść, tak jak za każdym jednym razem!”. Dla nowych potencjalnych fanów informacja jest nieco bardziej złożona.  I tak, wydaje mi się że najnowszym albumem TCB chcieli nieco rozszerzyć swoją publikę.

Jest – myślę sobie. Cholera jasna jest nareszcie album, nowy krążek, nowe 11 ezoterycznych kawałków, które rozpuszczą mi synapsy i wywrócą neurony na lewą stronę!  (w wersji exclusive są jeszcze 4 dodatkowe, ale o tym na końcu). Pisząc ten akapit jestem dopiero po trzecim „I’ll see you there” i  czwartym utworze „Just Bang”. Na żywo, tu i teraz słyszę co najmniej trzy substancje dźwiękowe, które w przedziwny sposób przypominają mi o dawnym dorobku Chemicalsów, ale jednocześnie brzmią cholernie świeżo!

Jest tutaj ciemny, głęboki, czerpiący garściami z kultur wschodu i orientalnej duchowości beat. Przelewa się również wszędzie tak charakterystyczny dla tego duetu hiponotyczna linia melodyczna, coraz to cofająca i zbierająca siłę, zaskakująca ale naturalnie dająca się odczytać tam, wewnątrz. Po chwili wchodzi kolejny utwór „EML Ritual” Słychać w końcu ten magiczny pierwiastek, który z elektronicznego brzmienia wydobywa jakby prehistoryczny i rdzenny pociąg człowieka do rytmu. Znacie to chyba? Teorię, że czym głębiej zapuścimy się w basowe i perkusyjne odmęty, tym sprawniej muzyka dociera do głębiej skrytego w naszej cywilizowanej osobowości, do poczucia rytmu. To to  jest właśnie to. Chce mi się skakać! A to dopiero dwa i pół utworu. Brniemy dalej!

Cholera, mógłbym przysiąc, że wgłębianie się w Born in the echoes przypomina halucynogennego tripa. Trafiasz na kawałek „Reflexion”. Siadasz, zakładasz słuchawki i czekasz co się stanie. Zastanawiasz się, która z dróg percepcji zostanie teraz wykrzywiona, a która będzie dla Ciebie stanowić punkt orientacyjny. Rozglądasz się i próbujesz rzeczywistość. Sprawdzasz, czy to już teraz, zadajesz sobie pytanie, czy aby na pewno to powinno tak działać. Może coś z Tobą nie tak? Może nie powinieneś popijać, może za mało tego wziąłeś?

I nagle, łup. Jesteś w środku. Za 54 sekundą utworu czujesz w kościach, że przycisk od zawracania do właśnie kończącej się piosenki będzie do wymiany. Znasz to uczucie, prawda? Nie ustawiasz zapętlenia. Czekasz za każdym razem do ostatnich sekund i klikasz w odtwarzaczu”powrót”. Gdzieś tam daleko za głową siedzi lekki wyrzut sumienia. Zdajesz sobie chyba sprawę, że odtworzony siedemdziesiąt razy kawałek w końcu się zużyje. Wyciągniesz z niego wszystko i udpornisz się na to brzmienie. Tak jak uodparniasz kubki smakowe na aromat gumy do żucia żeby po chwili nie czuć żadnego smak. Już za późno, „Reflexion” roznosi Cię w drobny mak. Tylko wizje miejsc i okoliczności, kiedy to będziesz w cudownym gronie rozkoszował się tą muzyką migocą Ci przed oczami.

„Taste of Honey”. Chwila wytchnienia?. Arkada dźwiękowa przeplatająca się z elektronicznym (dosłownie!) bzyczeniem i nostalgicznym wokalem jest tutaj co najmniej perfidna. Ta płyta nie daje Ci spokoju. Tak jakby Chemicalsi chcieli Ci pokazać, że od roku 1995, kiedy to wydali swój debiut, za wiele się nie zmieniło. Paleta narkotyków, poza Chemicznymi domieszkami pozostała bez zmian, dostępność utrzymuje się na takim samym, satysfackjonującym poziomie, a kontrolę na festiwalach nie radzą sobie z przetrzymywanymi pod językiem tabsami. Feel free.

Tytułowe „Born in the echoes”. Słodki damski wokal. Głęboki, zawieszony perkusyjny bit. Coraz więcej przestrzeni rozpościera się pomiędzy syntezatorowymi zjazdami, śpiewem i coraz cięższym, przechodzącym w bas dudnieniem. Pora na flażoletowy akord, lekki bridge w stylu Alicji w krainie czarów (nie żartuje!) i… robimy beczkę! Jasna cholera, przestałem liczyć ile efektów dźwiękowych nałożyło się przed chwilą na siebie. Istny tunel, przez który w ciągu tych 3 minut przelatujemy chciałoby się jeszcze raz powtórzyć, ale lecimy dalej.

Pora na „Radiate”. Brzmi jak odpoczynek, jak rozgwieżdżone niebo, pusty horyzont przysłonięty sylwetkami niskich budynków. Albo nawet całkowicie naturalny, leśny krajobraz z kilkoma sennymi pagórkami w głęboką i ciemną noc. Pełen optymizmu, wyjeżdżający coraz wyżej ton zdaje się nam przypominać, że tu nie ma miejsca na depresyjne zjazdy. Jest trochę jak w „The Star Guitar” albo „Hold tight London” .
Czyli to będzie skończony album – odrazu myślę. Lubię takie. Abstrakcyjna, rozgrywająca się na ścieżce dźwiękowej historia wzlotów i uniesień. Pozbawiona depresyjnych spadków. Nie mija mnie jednak wrażenie, że coś niespokojnego dzieje się w ostatnich sekundach tego kawałka.

No tak.

Uspokojeni siadamy lekko w wysokiej trawie. Uśmiechamy się do siebie i zapominamy, że alkohol już dawno się skończył. Nie chce nam się nic więcej mówić. Patrzymy trochę w gwiazdy i wcale nie staramy się dobrać bardziej komfortowej pozycji. Sucha sierpniowa trawa wbija nam się w dłonie, czasem piasek szeleści pod palcami. W końcu ktoś wypala na głos – nie zdając sobie wcale sprawy, jak delikatną materię może w ten sposób zniszczyć – że jest mu teraz całkowicie dobrze.
Na chwilę zamieramy. Nie przenosimy na niego oczu, zdajemy się przeszywać wzrokiem ten sam zawieszony punkt krajobrazu, co jeszcze kilka sekund temu. Badamy, czy ten błogostan ciągle trwa, czy aby wciąż trzymamy w dłoniach ten cudowny moment. Mijają sekundy. Nic się jednak nie dzieje. Melodia wciąż wydobywa się i rośnie wokół nas. Otoczeni nieuchwytną, przezroczystą jak pajęczyna atmosferą nie ruszamy się już do końca. Taki właśnie jest kawałek „Wide Open”, który zamyka album.

Na koniec, żeby jakoś to złapać, jakoś ująć w podsumowaniu, nadać choć iluzoryczny sznyt recenzji… (zapętlam właśnie „Radiate”). Okazuje się, że wpadłem po uszy.

Treść, którą widzicie na górze zdecydowałem się, podczas pierwszego słuchania każdego z utworów spisywać tu i teraz. Cały tekst nie przeszedł żadnej korekty. Nic więcej nie dodałem, nie cofnąłem się ani razu, nawet nie widze teraz początkowych akapitów, bo ekran zjechał mi na sam dół, o tutaj. Pisanie szło w parze z odsłuchem. Czułem się, i wciąż mam to przeczucie, że przebywam bliżej radiowej audycji, nieprzemyślanego i nieposkładanego zlepku emocji, które towarzyszyły mi spotkaniu z tą płytą.

Tego samego wam życzę. Żebyście utonęli w tych dźwiękach tak jak ja. Żebyście nie wracali nigdzie, tylko szli coraz dalej, wchodzili wgłąb i odkrywali tę cudowną narrację ukrytą w 11 kawałkach Born in the Echoes. Proszę Państwa, ten oto album to moja absolutna top-płyta tych wakacji. Gorąco polecam!
(Dla przypomnienia, płyta z tego wpisu, wygrała dla mnie rok 2013) 

 

PS Co do edycji exclusive albumu. Wpadłem na pomysł, żeby mieć szybszy dostęp do krążka. Wiecie, VIP access, płacę więc wymagam i takie tam. Poza tym rzecz jasna lepsza jakość (Mastered for iTunes). I cyfrowo. Zdecydowałem się więc na zakup przez platformę Apple. Co się okazuje, dostęp mam, ale tylko do kilkudziesięcio sekundowych urywków każdego kawałka.
No niech to szlag. Jestem załamany.
Dopiero na Spotify, z kilku godzinnym opóźnieniem dane mi było odsłuchać wersję standardową, bez 4 dodatkowych kawałków, ale za to z pełnowymiarowymi utworami.
Nie polecam tego serwisu, iTunes śmierdzi.
Ale, nie miejsce i czas na negatywne emocje. Pozdrówmy z tego miejsca Steve’a. On i tak przewraca się w grobie patrząc co wyrabia (a raczej czego nie wyrabia) jego stara firma. Nevermind.

Take care guys! Słuchajcie dobrej muzyki przez te wakacje. I pijcie dużo wody. Do następnego.

 

One comment

  1. Reply

    […] na album – tutaj całą pulę zgarnęli The Chemical Brothers, w związku zapewne z recenzją, którą znajdziecie na blogu. Całkowite pochłonięcie trwa w sumie do dziś. Co jeden kawałek przypominam sobie, jak dobrze […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s