La femme – Psycho Tropical Berlin

Tym razem jestem przekonany co do francuskiego zespołu „La femme”. Sprawa idealna dla klimatów jesiennych. Płyta z roku 2013. Nowa. Świeża.

Płyta piękna. Płyta skończona i głęboka co najważniejsze. Trudno mi było zazwyczaj słuchać muzyki albumami, ale tak jak teraz udało mi się w jednym tylko krążku zadurzyć, wydaje się wręcz rzeczą niesamowitą. Wszystko wzięło się od ślepego poszukiwania.

Szukałem pół-elektronicznych brzmień. Szukałem również czegoś, co dobrze odzwierciedlało mi korodującą kulturkę francuską, zwłaszcza po obejrzeniu kilku francuskich filmów.

Tak, tak. Jestem wielbicielem francuskich kinematografii i samego ichniego języka. Zwijam się i pobudzam naraz jak słyszę te artykulacje i brzęczenia, jak widzę wyobraźnią te prowansalskie uliczki, paryskie kamienice i samych francuskich sztukmistrzów. Muzułmanów nie widzę.

Noooo. Mamy jakiś punkt wyjścia dla mojego odkrycia. Jest prąd i jest czysta rasowo Francja. Brzmi jak niespełniony sen, albo stuletni krok wstecz. Jednakże. Czym zatem jest ów twór, nad którego podstawami udało mi się zapisać dwa paragrafy? Otóż.

La femme. La femme z płytą Psycho Tropical Berlin. Mówi wam to coś? Nie powinno, ale zaraz powie.

Recenzja to to nie będzie, ale zdradzę wam, że płyta jest absolutnie skończona. Oscyluje sobie wokół nieokreślonego, staro-psychodelicznego motywu i hasa. To w  tę i to nazad.

Nie ma większych zmian nastroju, rytm jest raczej statyczny. Brzmi jak opowieść przy niespecjalnie małych kubkach z XVIII-wiecznym absyntem. Gdzieś tam, pomiędzy francuską rewolucją a romantycznymi wstawkami. Całość podgarzana jest… zresztą, co ja będę dalej pierdolił. Macie:

Czaicie ten refren? Czy to nie coś, a’la Parov Stelar? Ten niby saksofon. No piękne. Ta piosenka, tak pięknie utopiona w typowej dla Francji zamglonej stylistyce, daje o sobie znać najlepiej właśnie w tym refrenie. Następnie:

Ta. Gadają, że to psychodeliczny rok, a jak dla mnie, to pieprzą jak potłuczeni. To chyba jest coś więcej. Taneczne to i człowiek by się powyginał w jakimś wiejskim, przydrożnym schronie atomowym przy kolorowych światłach, hektolitrach dobrego towarzystwa i szybkich drinkach z dopiero co poznanymi niewiastami. A niewiasty mają wianki we włosach i za krótkie indiańskie spódniczki. Piękności.

W tym powyższym, to wyłania się duet La femme. W sensie w tym zespole musi być jeszcze facet, z takim francuskim głosem – a’la stare filmy i naga Eva Green – wiecie, tak mi się ten koleś kojarzy. Z tym jego śpiewaniem. I tak widzę, to piosenkę i aż mi się głowa cieszy i to nawet bez alkoholu. I nawet wtedy, jak wstaje, schodzę śliską i zimną norweską górą w dół na busa. I nawet wtedy jak ten norweski bus jest przepełniony, a ja, tak bez kawy stoję i próbuje patrzeć neutralnie w okno.

Stoję – bo przecież nie ma gdzie siąść – i patrzę w to ordynarnie czyste okno z kropelkami norweskiego deszczu. I nadziwić się – kurde – nie mogę. Piękna piosenka i ja w tym busie.

I taka jest moja relacja do tej płyty. Cieszę się nią i z niej. Cieszcie się i wy. Odnajdźcie się w moim klimacie i jedzcie z tego wszyscy.

POLECAM CAŁĄ PŁYTĘ. NA BIEGANIE. NA SEKS W MAŁYM MIEŚCIE I NA PRZEDMIEŚCIACH. NA BÓL W KRZYŻU I WELTSCHMERZ TEŻ. SIEMA.

2 comments

  1. Reply

    […] Tego samego wam życzę. Żebyście utonęli w tych dźwiękach tak jak ja. Żebyście nie wracali nigdzie, tylko szli coraz dalej, wchodzili wgłąb i odkrywali tę cudowną narrację ukrytą w 11 kawałkach Born in the Echoes. Proszę Państwa, ten oto album to moja absolutna top-płyta tych wakacji. Gorąco polecam! (Dla przypomnienia, płyta z tego wpisu, wygrała dla mnie rok 2013)  […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s