RECENZJA Random Access Memories

Obrazek

Czym nie jest najnowsza płyta Daft Punk?

Hej ty! Wszedłeś i czytasz więc jest spora szansa, że tak jak i ja wyglądałeś za kolejnym krążkiem francuzów w hełmach. Bo dobrze jest myśleć o Daft Punk w  dobie lawinowej ekstazy nad dub stepem, niekończącym się potokiem popów, a nawet innych pograniczników house. Miło jest czekać i wiedzieć, że wrócą z czymś lepszym niż nużący soundtrack do TRON’a czy kolejny remix mixów remasterów koncertu Alive. Ale czego tak naprawdę wyczekiwać? Niewiadomo.

Nie wiem nawet teraz. Po kilku odsłuchaniach każdego utworu i przewertowania sporego materiału na ich temat w dalszym ciągu nie wiem czego się spodziewałem. Wiem jednak, że nie jestem zawiedziony. To cholernie świeży album. Nie powiem wam jednak nic poza tym, nie powiem wam jaki jest.

Jak więc nie jest i czego w nim nie znalazłem?

Bez huku

RAM na pewno nie przyczyni się do wzmożonych żniw polskiej straży miejskiej. Po włożeniu kompaktu do odtwarzacz CD w samochodzie nie nachodzi mnie nawet na chwilę chęć energetycznego zamknięcia prędkościomierza. Nie mam zamiaru niczego zniszczyć. Tylko lekki swing na parkiecie.

Jeżeli chodzi o rozerwanie, jedyne co przychodzi mi na myśl to kolejna paczka czipsów, dobry drink z lodem i migająca woda w basenie. Na krążku króluje funkowy spokój, który w zgrabny sposób mija się i okręca wokół starych syntezatorowych dźwięków. 

No weźcie, taki utwór z płyty pt. Within. Tylko siąść, patrzeć w bezchmurne niebo i uśmiechnięte facjaty wokół. Kojąco i melodycznie.

Bez hitu

Przyprawię niektóre muzycznych znawców grupy  o natychmiastowy ból doopy , ale według mnie singiel Get Lucky  nie zasługuje na miano hitu lata 2013.

Ta, jasne – hit lata to kawałek, który jest w stanie lecieć we wszystkich stacjach na raz jednocześnie. To on właśnie jest najbardziej znany i dzięki niemu wszyscy w cztery godziny stają się fanami wykonawcy (tutaj: Daft Punk). To on w końcu staje się gigantyczną mainstreamową tubą.

Z drugiej strony jednak letnimi hitami  rzyga się jeszcze tego samego lata i ma się go dość już na początku jesieni. Nie wspomnę o ultra krótkiej sławie. Pamięta ktoś hit lata 2008? Może 2009, 2010? No to chociaż 2012? Ani ja. 

Bez rewolucji

Niby nie odkryli nowego gatunku, nie zastosowali nowej techniki, nie złamali kanonów,ani nie wskazali kierunku. Niczym nie skrępowany french house cofa się do lat 70. Witamy u początków elektroniki w ogóle. Choćby taki kawałek: Giorgio by Moroder. Bezpośrednia relacja-skok do momentu, gdzie dokonano pierwszej  syntezy dźwięku i rozpoczęła się era house’u. Przybrani w hełmy komunikują się z nami za pomocą wspomnień. Może tego co było im bliskie i co dawało im siłę, inspirację i.. sample.

Jak dla mnie żaden to jednak ukłon w stronę pionierów. Brzmi to zaledwie jak wspomnienie, albo przypomnienie, że banda głupich gnojków nie odjechała za daleko od klasycznego członku elektroniki. Ot, ciekawostka – nie więcej, nie mniej.

Bezbłędnie

To prawda. Jestem głodny czegoś co pozwoliłoby w pięknym stylu jednocześnie się rozerwać i niszczyć na letnich posiadówkach. Czegoś mocnego i gładkiego zarazem. Z funkowym pazurem, uszczypliwym skokiem i bassowym droppem, któremu Skrillex może wiązać sandały. Czegoś totalnie smooooth.

Random Access Memories nie odpowiada z pewnością na wszystkie moje zachcianki. Z drugiej strony ani na chwilę nie traci koncentracji. Pełno tu bezbłędnie skomponowanych aranżacji skąpanych w tonach funku i głosowych syntez. Nie ma się do czego przywalić jeżeli chodzi o spójność. Na deser pozostaje twierdzenie, że to przecież Daft Punk.

Koniec bez końca

 Nie wiem, cholera co tak naprawdę udało im się wnieść do muzyki elektronicznej. Nie chcę być z tych, którzy wertują wikipedię i rzucają czytelnikom stosy gatunków i niezrozumiałych pojęć, które miały by poprzeć niewyraźną tezę.

Tak jak ciągle wracam do Harder, Better, Faster, Stronger, czy Something about us, Digital Love, Aerodynamic i Around the world tak z pewnością niejeden raz odtworzę jeszcze najnowszy krążek Daft Punk. Usatysfakcjonowany w pełni jednak nie jestem. Czekam na więcej! 

Duet panów T. Bangaltera i G-M. de Homem-Christo tworzy rzeczy skończone, które mogą być odtwarzane bez końca. Ciągle, mimo, że cofają się w głęboki oldschool, to wciąż są kilka lat świetlnych przed resztą pograniczników house. Dostrzegają więcej, a na pewno wkładają w muzykę tony więcej uczucia, które widać. Dokonując tej sztuki po raz kolejny, ciągle mają u mnie specjalne miejsce.

2 comments

  1. Reply

    Masz cholernie oryginalny styl pisania. Nie wiem co to dokładnie jest, ale jest niesamowite. Pisz dalej!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s