RECENZJA: Intouchables (Nietykalni)

Dowód na to, że tworząc komedie Francuzi potrafią wykorzystać inne środki niż rozbębniony hamerykański blichtr. 

Polecam sobie włączyć na czas czytania TO.

Tak jak nie lubię Francuzów, tak uwielbiam ich język. Odpowiednio jak nie przepadam francuską pisownią, ubóstwiam nią przemawiać. Nie mogąc patrzeć na Paryż jestem zakochany w Prowansji. Wiele by jeszcze wymieniać tych przeciwstawnych zależności. Jedna rzecz, jeśli chodzi o Francję jest pewna – uwielbiam ichniejszą kinematografię, a zwłaszcza lżejsze, komediowe dzieła płodzone przez te reżyserskie pawie i nietuzinkowe metody.

Amelia – chyba pierwsza w moim francuskim zestawieniu. Oglądana jak wiele innych filmów – na raty. Oprócz tego, jeszcze dwa filmy Jeana Pierre Jeuneta – Delikatesy (które dorwałem przez pomyłkę, kiedy to podarowano mi płytę z filmem myśląc, że to gra) i z mojego nieświadomego dzieciństwa – Miasto Zaginionych Dzieci.  Jak dla mnie to wybitności kinematograficzne robione dla kunsztu formy, gdzie treść jest wywinięta na drugą stronę, żeby odsłonić ten francuski pierwiastek – no właśnie!

Lubię francuskie filmy, bo – do jasnej cholery – nie mam wątpliwości ani na moment że są francuskie!

Swobodnie przechodząc do wywodu na temat filmu dwójki mi kompletnie nieznanych reżyserów (Olivier Nakache, Eric Toledano): Intouchables. Moje przedseansowe odczucia? Pozytywne: bardzo dużo dobrych słów na temat filmu słyszałem, wszyscy polecali, niektórzy byli po dwa razy – pięknie jednym słowem.

Godzina 19:20. Powinienem już siedzieć w jednym z tych arcywygodnych miejsc w cinemacity, sala ostatnia po lewej numero 1. O 19:20 wjeżdżałem dopiero na ul. Lipową, o 19:30 zdołałem umiejscowić się na parkingu – pi razy drzwi o 19:45 wszedłem na salę. Idealny moment. Minąłem cały szereg hollywoodzkich reklam i tych polskich z natryskiem hamerykańskim. Dzieki Ci Boże.

Pierwsza scena, rosły, czarny imigrant z ichniejszego czarnego lądu siedzi za kółkiem Jaguara/Maybacha a obok niego Fidel Castro. Myślę sobie: może pomyliłem sale? Nie widziałem plakietki: „Sparaliżowany dyktator nigdy nie wyglądał tak śmiesznie!”. Od razu zacząłem kompilować, czy aby tytuł „Nietykalni” nie miał jakiegoś politycznego podtekstu. Od dalszych durnych dywagacji w tę stronę odciągnęły mnie napisy i początek retrospekcji.

Zbyt. Za bardzo. A jednak idealnie.

Driss – ten czarny – przyłazi któregoś pięknego dnia do pewnego kalekiego multimilionera. Niechcący dostaje posadę jako opiekun obrzydliwie bogatego paralityka i zmienia całkowicie swoje otoczenie. Wcześniej przesiadywał z kolegami pod blokiem, teraz sam ma do dyspozycji pokój o powierzchni większej niż cały jego dotychczasowy dom, gdzie mieszkał z 9 rodzeństwa.

Philippe – zawsze był bogaty, kiedyś nawet latał na lotni, ale postanowił z tym skończyć i trochę się pokiereszował. Do momentu pojawienia się Drissa jego życie wyglądało bajecznie nieciekawie. Żyje cieniem miłości do swej zmarłej żony, epistolografią do nieznajomych i bieganiem (hehe) po paryskich galeriach. Od szyi po czubki palców nie czuje absolutnie  nic, a poza tym to snob jak jasna cholera.

Prosta sprawa – mamy kontrast jak się patrzy. Różnica stanu, różnica charakteru, wrażliwości – jedyne co ich łączy, to to, że wszystko ich dzieli. Jakby to zrobił Hollywood? Nie wiem, ale na pewno bym tego nie obejrzał. Jak zrobili to Francuzi? Ciągle zadaje sobie to pytanie. Jak oni tego dokonali, że mimo bajeczki imigranta trafiającego na salony zdołali wzbudzić we mnie tak skrajne i prawdziwe emocje.

Denerwuje mnie jednak to, że historia tego całego Drissa – którego uwielbiamy od pierwszej sekundy filmu – jest za mało… tragiczna. Okej, jestem masochistą i za dużo się naoglądałem Aronofskiego – ale żeby chociaż mu tam ktoś umarł… tak przesiąkłem tymi za-oceanicznymi sposobami budowania napięcia, że gdy mam przed sobą tak pięknie lekkie „Intouchables” to czuje niedosyt.

Słowo co do bohaterów, tak przed koniec: Driss, w którego wcielił się Omar Sy – jest zaraz po Samuelu L. Jacksonie od dziś moim ulubionym czarnym aktorem. Tak, stosuje apartheid jeśli chodzi o artystów. Jak dla mnie są dźwięki nie do wydobycia dla białych, które naturalnie przychodzi tworzyć czarnym (wyjątek: Janis Joplin np.). Rzecz ta ima się również aktorstwa: gama emocji, mimiki i gestów, które Omar Sy wyprodukował w skórze Drissa jest tak prawdziwa i radosna, że aż chce się z nim usiąść w jednym z podparyskich barów, pogadać i poszlajać się po starówce. Jako filmowy motor – sprawdził się idealnie.

Co do Philippe’a – również, bez zastrzeżeń. Świecił głównie w przejmujących momentach, których było jak na lekarstwo, a jednak wystarczały. Poprawnie z plusem dla tego pana. Jak na razie nie wyobrażam sobie, żeby coś mogło mu zaszkodzić w tej roli.

Muzyka. Ludovico Einaudi. Wpasował się bardzo gładko, czyniąc bajkę z kilku fragmentów filmu. Jedyny minus to delikatna powtarzalność jeżeli chodzi o motywy utworów. Mam dyskografię tego Pana i przez moment miałem wrażenie, że odgrzał kotleta komponując muzykę do Intouchables. Na szczęście wrażenie szybko umknęło i mogę bez cienia wątpliwości docenić warstwę dźwiękową, na plus.

Bardzo

Nie mogę wyjść z podziwu jak ten film sam się broni. Niczym prawdziwe dzieło, które nie wymaga opinii krytyków i recenzentów. Który powinien być oglądany i nad którym winno się wzdychać i płakać. Nawet nie mogę napisać „Mimo to…”. Film skończony, dokończony, nad którym nic nie wisi, z którego nic nie zwisa, nie powiewa. Prawda: porusza imigrancką historyjkę, która dziś zżera Francję. Nieprawda: na ichniejszy, francuski sposób nie czyni jej banalną.

To chyba klucz sukcesu tego filmu. Nietykalni – wyważeni w tak subtelny sposób – są nie do tknięcia dla mnie, jak i dla kolejnej setki pseudo-recenzentów, blogerów i poważnych krytyków. Nie chce żeby hollywood go goniło bo, jak wspomniałem, nie da rady – to całkowicie inna droga. A francuska kinematografia niech pozostanie francuska, au revoir!

*** 

—–nowalijka:oceny cząstkowe i ogólna—–
(nie trzeba, a czasami nie należy się nią kierować)

Gra aktorska: 6/6
*

Scenografia: 4/6
*

Muzyka: 4/6
*

Fabuła: 3+/6
*
Klimat: 6/6
*
Ocena ogólna (wrażenie): 5/6 (to nie średnia z ocen)

***

PS: Na bank wrócę do tego filmu. Może już niedługo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s