RECENZJA Arizona Dream

Realizm magiczny Emira Kosturicy, Depp, pustynia, miłość i ryba.

Emir Kosturica, znany już nie tylko na terenach byłej Jugosławii, czy Starego Kontynentu, ale światowej sławy reżyser i przedstawiciel realizmu magicznego podjął się stworzenia filmu w scenerii amerykańskiej. Jak dobrze z historii kinematografii wiadomo, krajobrazy Arizony od zawsze przyciągały zielone banknoty, nie inaczej było z chętnymi po kinowe bilety, nie wspominając już o motywie amerykańskiego snu, prawdopodobnie najczęściej słyszanego słowa kojarzonego ze Stanami Zjednoczonymi. Cóż więc może powstać z fuzji takich elementów? Jak odnieść bajkowy styl Kosturicy do zebranych tu typowych i może nieco zużytych wzorów? Otóż magiczny pierwiastek bośniackiego reżysera po raz kolejny pokolorował i odnowił wszystkie te schematy tworząc nową, ewidentnie indywidualną produkcję na miarę arcydzieła.

Oglądając ten film, od początku miałem wrażenie, że to coś innego, że coś nie pasuje w tym filmie. Pierwsza scena przedstawiająca rodzinę Eskimosów, potem latający halibut i zaraz, podążający za rybą kadr przenosi nas do rybaka, Axela Blackmara (Johnny Depp) w Nowym Yorku. W tym momencie rozpoczyna się główna nić fabuły, opowiadającej o losach młodego, zbuntowanego osobnika, który w swojej dotychczasowej pracy na morzu odnajdował ukojenie. Wyrwany z monotonnej codzienności poławiacza śledzi zostaje umieszczony w tytułowej Arizonie, na ślubie wuja (Jerry Lewis), jego życiowego wzoru. Z tego miejsca zostaje on wplątany w miłosną sieć, pełną intrygi, bajkowości i przełomów. Wszystko w kierunku dojrzewania, którego sam nie chce. Wszystko wokół przybliża go do tego w nieprzejednany sposób.

Akcja, jak przystało na Kosturicę lubi się z nami droczyć. Coraz to zwalnia i kołuje, by zerwać się, przyspieszyć i znów osiąść, złagodnieć i rozrzewnić nad przemijającym momentem. W tychże momentach, głównie widzimy wspomnianego Axela, a obok niego Eleine, w którą wcieliła się świetna Faye Dunaway. Zaraz obok nich, niczym piąte koło u wozu lub trzecia oś w marzycielskim, roztańczonym czołgu – tajemnicza Grace. Jeśli zatrzymać się przy obsadzie, to aż dziwie się, że pomijam Deppa, który w tym filmie, pomimo głównego wątku zostaje w cieniu za dwoma, jak dla mnie, fenomenalnie zagranymi postaciami. Mowa o niespełnionym aktorze Paulu (Vincent Gallo) i owej Grace, w którą wcieliła się Lilli Taylor. Nietuzinkowy Gallo nie mógł chyba wypaść lepiej. Jego monologi, w których Paul naśladuje amerykańskie gwiazdy kina i flagowe sceny np. z filmu „Północ Północny-Zachód” z komicznym, nowojorskim akcentem wypadły znakomicie. Grace jest już ukoronowaniem obsady „Arizona Dream”. Moim skromnym zdaniem i z uwzględnieniem mojego kinematograficznego dorobku, jest to jedna z najlepszych charakteryzacji kobiecych, jaką dane mi było oglądać. Pełna dramatu, przejęcia i nieprzeniknionej niepewności z elementami szaleństwa , i obłędu w oczach. Choć robi na widzu straszne, pierwsze wrażenie, dla „wytrwałych” staje się prawdziwym łabędziem, istną wisienką na tym magicznym torcie.

Czy magiczna fabuła i wyborowa obsada to już wszystko, co Kosturica wyjął dla nas ze swego, zdaje się bezdennego kapelusza tym razem? Nie, na szczęście ma jeszcze w zanadrzu dwa króliki. Zwą się montaż i udźwiękowienie. Pierwszy wita nas doskonałymi zdjęciami, baśniowością klimatu i świetnie rozwiązanym kadrowaniem, przy którym pojawia się pytanie, kto od kogo nauczył się tej sztuki: Tarantino od Kosturicy, czy może odwrotnie? Drugi z futrzaków to udźwiękowienie, występujące pod pseudonimem Goran Bregovic, znany nam Polakom z duetów z Kayą i Krzysztofem Krawczykiem. Niebywałe jest jak wspaniale udało się połączyć jugosłowiańską muzykę z krajobrazami pustynnej Arizony i śmigającymi Cadillacami. Kombinacja godna mistrza! Muzyka wspaniale oplata cały film, a ponadto zapada w pamięć i ciągnie się za nami jeszcze długo po jego obejrzeniu.

„Arizona Dream” to niesamowite dzieło i pomimo nadmiaru wywyższających pod sam księżyc epitetów, jestem w stanie dodać jeszcze jeden, który może nieco zrównoważy tą pozytywną wierzę: skomplikowany. Jednakże mnogość wątków i problemów tylko pozytywnie wpływa na ocenę filmu. Taka zawiłość nie pokonuje Kosturicy i daje kolejny powód, by zwać go mistrzem kinematografii, bo w tym filmie pokazał swoje mistrzostwo tworząc dzieło niepowtarzalne i co najważniejsze, skończone.

2 comments

  1. Reply

    O, to by było wyzwanie. W sumię, okej. Zrobi się :) Oprócz tego „Życie jest piękne”, właśnie oglądam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s