Neurotyka miłość bierna

Muzyka do tekstu: KLIK.

Tomek od zawsze był przekonany, że miłość nie jest dla niego. Od zawsze, odkąd tylko pamiętał, od pierwszej po ostatnią coś szło nie tak. Nigdy nie rozpatrywał faktu idealnej wybranki. Dla niego nie istniały ideały. Przyglądał się wzorcom, przystawiał do swoich uczuć miarki i schematy. Nic nie wyglądało podobnie. „Każdy kocha na swój sposób, miłość nie da się zaszufladkować” – myślał. Ciągle próbował, jednak biernie. Od pierwszego razu, pierwszej mentalnej więzi między nim, a nią – nie poszedł tak daleko.

Pierwsza była Anka, Anna, Ań – brzydził się zdrobnieniami tego imienia. Brzydził się jej piskliwym głosem, jej stylem, który szukał pseudo-subkultury i wiecznie nie mógł znaleźć. Widząc ją krył się za murem swojej nienawiści i odrzucenia, nie mógł jednak zapomnieć, że kiedyś powiedział „kocham”. Raz, o raz za dużo. O całe sześć liter za dużo. O dwa, może trzy dźwięki. O jedno, nie więcej niż półtorej spojrzenia. Niczym pokonywanie góry, niczym przeprawa przez przełęcz, po wielkim wysiłku nastąpiła chwila wytchnienia, którą Tomek zamienił w upust nienawiści.

Nie potrafił kochać. Nie umiał poświęcić się dla tej jednej. Angaż w miłość z „drugą połówką” wydawał mu się wręcz nieprawdopodobny. Nie chciał wolnych związków, nie chciał szybkich numerków, one stand night’ów, romansów, seksu, imprez, wspólnych spacerów i słodkości. Nie ciekawiła go nawet wolność. Choć jej przeciwieństwem może się wydawać związek, to nie ona trzymała go przy ziemi. To nie ona kusiła go, nie dając się zakochać. To tylko on, to jego wnętrze, jego neurotyczna bezsensowna psychika, która negując miłość trzymała go w osamotnieniu. „Wieczny samotnik” – pomyślał – „To brzmi modnie”.

Jednak chciał spotkać kogoś kto mógłby choćby go wysłuchać. Choćby na jakiś czas dać mu poczucie, że jego rozmyślania nie pójdą w eter. Ten jeden raz nie rozpadną się na atomy, na elementarne cząstki i tylko sam Bóg, który i tak wzgardzi jego anarchistycznymi wizjami będzie zdolny poskładać do kupy to, co Tomek uważał za miłość.

W głębi serca nie chciał jej znaleźć. Tej, pięknej w swojej materialnej istocie kobiety, tej bogini, światłości, która pokaże mu inny świat, inny niż ten, w którym co noc się obraca. Uniwersum zdolne rozświetlić ciemne masy uczuć, które nim targają. Bunt, osiemnaście lat, praca, obowiązki, przemijanie, bunt, moda, bunt, bunt, bunt! – miał tego dość. Chciał wypluć te beznadziejne słowa, chciał spalić cały świat, wyciąć w pień nienawistne spojrzenia, obłudne trendy.

Wszystko wzbudzało w nim politowanie. Żałosne pocałunki, ckliwe wspomnienia i przepełnione romantyzmem uściski, które i tak jego zdaniem sprowadzały się do jednego. Ignorancja, którą sobie wymyślił, stała się jego nadrzędnym celem. Kiedy w jego duszy tańczył podziw do świata i wszystkiego co piękne, nienawiść uzmysławiała mu, że jest słaby. „Nienawiść daje mi siłę”, „Uczucia są dla ciot”.To doprowadzało go do szału. Czuł się taki silny, tak cudowny, tak boski. Był jedyny, górował nad światem, nad wszystkimi ludźmi, nad kobietami, miał je w zasięgu ręki i tylko od niego zależało co dalej się stanie. Stawał się reżyserem, to on był Bogiem, który rozrzuca aktorów po scenie. On był panem, by po chwili przeistoczyć się w krople ciemnej plamy zasilającej statystyki, słupki sondaży i kropki na mapie ustalające trendy.

„Ach” – pomyślał, przesiadując na tym samym fotelu, obracając się w stronę tego samego okna i patrząc na ten sam półcień pomarańczowego księżyca wykańczającego horyzont nad dachami domów. Muzyka w słuchawkach, ciepła linia basu i podwajające arkady akordów uspokajały jego myśli. „Kocham ją” – rzekł sam do siebie. „Choćby nie wiem co się stało, nie chce przestać jej kochać. To takie żałosne, ale… ale chce jej szczęścia. Chce by była szczęśliwa. Tylko tyle. To nie miłość, nie, to tak nie wygląda. Litości. Ona o mnie nie wie, a nawet jak wie – to jej przejdzie, jak wszystkim. Niech będzie tylko tyle.”

Tak. Tylko do niej nie czuł tego obrzydzenia i nienawiści. Ta obdarzona najbardziej prozaicznym imieniem wszechświata dziewczyna, która prostotą i trywializmem swojego uśmiechu nie dawała mu normalnie funkcjonować. Tak jakby zrozumiał o co tu chodzi. Tak jakby schematy zaczęły nagle pasować. Czyżby to wszystko sprowadzało się do tak prostych rozwiązań, do tak absurdalnych sprostowań? Ona jest tak zwykła, tak pospolita – a jednak inna.

Może to dlatego, że nie potrafił nią gardzić. Miał powodzenie, tak mu się zdawało. Zresztą, to nie miało większego znaczenia, chociaż dla ogółu i tak pozostawał „nędznym aktorem” z aspiracjami na wymuszoną skromność.  Tłumaczył sobie, że może mieć każdą, ale brzmiało to dla niego tak idiotycznie i niepotrzebnie, że zaraz gubił cały swój narcyzm i wracał do punktu wyjścia. Kiedy jego kumple zaliczali kolejne postronki płci pięknej, on zastanawiał się co jest z nim nie tak. Gra spojrzeń, subtelne gesty, dwuznaczne pytania – lubił to. Pławił się w tych teatralnych zagraniach, które maczał w kieliszku ze świetnym winem marki „ironia”. Wisienką na torcie był fakt, że leciały na niego – z miejsca spadając na dno systemu wartości. Kiedy pospolity „podryw” zaczynał się dla innych, dla niego się kończył. Na tym polegał jego problem. Sekundy po tym jak dostrzegał cienie zaangażowania ze strony przeciwnej, już mu nie zależało. Nie widział pragnienia, nie widział uczucia. Z miejsca wszystko stawało się szare.

Z nią tak nie było. Widział w niej zaangażowanie, ale tak, tak strasznie chciał się mylić. Był przekonany, że jeśli w to wejdzie, wszystko skończy się tragicznie. Nie chciał jej stracić z oczu, nie chciał patrzeć na nią jak na zużyty przedmiot, z obrzydzeniem i żalem. Mogła sobie kogoś znaleźć, nawet byłoby lepiej. Byle tylko o nim nie zapomniała i byłą szczęśliwa. Chciał widzieć jej uśmiech i siebie na końcu korytarza, wpatrującego się w ten trywialny cud świata.

„Bóg to cwaniak, on wiedział jak to się skończy. Zawsze wie. Ludzie chcą znaków, chcą cudów i drogowskazów, by po przejściu tego wszystkiego stanąć na takim właśnie korytarzu i patrzeć. Tylko tyle można potem zrobić, a to jaką minę będziemy wtedy mieli zależy tylko od nas” – pomyślał i zszedł z parapetu, zapętlając w słuchawkach kolejny raz „Gorillaz – Kids with guns„.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s