RECENZJA Starcie Tytanów / Clash of The Titans

Co jeśli powstała w latach osiemdziesiątych produkcja z boskim Harrym Hamlinem zostanie odświeżona, aż tak bardzo, że do tej samej roli Perseusza zostanie wykorzystany sam Sam Worthington – człowiek który przebiera się w stroje niebieskich ludzi w centki, pogromca złych ludzi a.k.a. „popatrz na mnie, a zgwałce Cię spojrzeniem” ? Okazuje się, że nic dobrego.

Mamy do czynienia z dziełem francuskiego reżysera  Louis Leterrier’ego, który na swoim koncie ma już produkcje takie jak Transporter, Asterix i Obelix: Misja Kleopatra, czy Incredible Hulk. Z całego tego zestawienia, jedyny pozytywny powiew, który dał mi siłę sięgnąć po Starcie Tytanów okazał się właśnie Asterix i Obelix – tak, myślałem, że chociaż będzie śmiesznie.

Jak?

Wszystko kręci się wokół starej wersji, powstałej w roku 1981 pt: „Zmierzch Tytanów”. Kij wie, czemu jedna i druga pozycja zwie się po angielsku „Clash of the titans”, phi, pewnie przez przypadek, bo za wiele wspólnego ze sobą nie ma. Za wiele, bo sam trzon, czyli mitologia grecka powiedzmy występuje i w jednym i drugim tworze. Wszystko zaczyna się od tego, że ludzie uciskani przez Bogów, którzy pragną ich modłów, bo inaczej nie mogą normalnie funkcjonować wkurzają się i niszczą boskie świątynie, pomniki, szalety i stodoły z wygrawerowanymi dziarami Zeusa, Ateny i Aresa. Sam gromowładny, piorunojebny staruch, który w tym filmie nie ma ani jednego siwego włosa (?!) postanawia coś począć.

Ni stąd ni zowąd przybiega najbardziej niepodobny do siebie Hades, przypominający bardziej Dementora z Barrego Trottera niż Pana Zaświatów i ofiaruję swą jebitną pomoc.  Jak to bywa z takimi typami, oczywiście robi Zeusa w chuja, mówiąc że dobrze by było zrobić przypał tym na dole, wysyłając im dinozauropodobnego Krakena. Dodaje, że sprzątnie miasto Argos, o ile głupi ludzie z oszołomem* na czele nie uczynią ofiary z najładniejszej dupeczki w mieście. Zeus to idiota. Więc się zgadza. I tutaj wkracza nasz Sam Worthington, syn Zeusa, półbóg i ogólny wymiatator, nikt go nie chce, on nikogo nie chce, co więcej nie wie kim jest i nie chce się dowiedzieć. Po jakimś czasie rżnie wszystko co się rusza z pomocą innych półbogów i swoich nieogarniętych tułaczkowatych pomagierów.

Starcie Zmierzchu

Otóż, gdyby skupić się na faktach, na wiarygodności i elementach spójnych z mitologicznymi odpowiednikami czy przedstawieniami, taki Zeus wraz ze swoją ekipą z wzgórka łonowego Olimp (który wygląda jak jakiś islandzki, niedorobiony wulkan dyszący lawą (?!) ) odpada na pierwszym miejscu, najlepiej do średniowiecza, gdzie w swojej zbroi (WTF?), srebrnej płachcie mógłby walczyć z niewiernymi.

Czepiając się jeszcze owego odwzorowania, strasznie daje po oczach sceneria. Starożytna Grecja oczami reżysera i całego swojego sztabu mogłaby być równie dobrze wymienioną wcześniej Islandią, bliskim wschodem albo ki Iranem, czy Tudżikistanem. Tyle pustyń, zamiast pól i oliwnych gajów ile uświadczymy przyglądając się krajobrazom przedstawionym w Zmierzchu Tytanów nie zobaczymy w żadnej grekopodobnej produkcji. Pełen podziw, ale wiadomo przecież że Amerykanie z Nadwagą nie odróżniają Grecji od Turcji, więc po wała się starać.

Panowie jednej miny

Jak już obrysowałem lekko Perseusza, którego gra właśnie Sam, muszę powiedzieć, że z jego miną, która mogłaby mordować lepiej niż meduza, jest on zdolny zagrać każdą rolę. Z tym wzrokiem, tym spojrzeniem i wyrazem smutku i rozpaczy bije Nicolasa Cage’a i Russela Crowe’a na głowę. Ciągle niepocieszony, ciągle zbuntowany przemierza pustynie, zamki i puszcze. Niczego nie chce, wszystkich ma w dupie i nie bardzo obchodzi go to, że miasto Argos (które ma za zadanie być zrównane z posadzką, dzięki krakenowi.

Syndrom poker face’a udziela się również reszcie spoważniałej greckiej ekipy do zadań specjalnych. Tylko Draco (Dreco?), najzajebistszy kompan Perseusza zdradza na końcu, że dostał skrzywienia policzków po tym jak padła mu córka. Dżuma reszty jest nie do wyjaśnienia, choć nawet taki Perseusz w pewnym momencie sypnie żarcikiem, który ma nam, widzom, starczyć do końca filmu…a ja się pytam, gdzie ten powiew humoru? Eh.

Kotlet w panierce z efektów specjalnych

Jeśli już miałbym dawać tej produkcji jakiekolwiek plusy, to pewnie za efekty specjalne. Dane mi było zobaczyć w pełnym HD z świetnym dźwiękiem i cyckami Io oraz Andromedy, więc było okej. Wszystko jest wielkie, kamera lata przy ziemi jak pojebana, piasek się prószy, woda się leje, a kraken rozdziera mordę pod kątem 180 stopni jak jeszcze nigdy dotąd. Sceneria, jak już wspomniałem nie daje rady się podnieść nawet z pomocą efektów, no bo jak tu można ładnie przedstawić piaszczysty piasek pustynnej pustyni, który przewija się przez 60% tego ciemnego jak jasna cholera filmu. Jak mnie może denerwować taki styl tworzenia nowych filmów, gdzie luki fabularne i pomysłowe zasłania się…ciemnością. No, przełknąłem.

Kolejny lekko wyimaginowany plus to sama Io, półbogini która pomagała Perseuszowi, a na końcu… o jezu, tak, Zeus ją przysłał, żeby Perseusz nie przemęczył rąk i miał z kim… łowić ryby. Co do właśnie Io, która jest grana przez boską Gemme Arterton (tą, co siedzi za sterami kobietki z Prince of Persji). Dołączając do tego jej głos, który użyty w GPS’ie mógłby usypiać kierowców wcześniej doprowadzając do orgazmu, staje się ona jednym z bardzo niewielu mocnych punktów Starcia Tytanów.

Bździne

Tyle plusów, konluzja? Starcie Tytanów to kotlet, który nigdy nie powinien być odgrzewany. Ani odgrzebywany. Nie w takim stylu, nie z takim pominięciem fabuły i chociaż na filmwebie zdarzają się głosy, jakoby był to film conajmniej średni, ja mówie, NIE. Z całą moją miłością to badziewia (vide Avatar), to nie jest nawet film na zimne sobotnie wieczory, męka jaką mi zaserwował, za każdym (z czterech) podejść nie da się porównać z niczym. Doszło do tego, że musiałem zasłaniać oczy, kiedy Perseusz dochodził do głosu i wyłączać dźwięk, kiedy kamera kierowała się na łaskoczącą moją męską duszę Io. Takich kontrastów znieść nie mogę i miałkie

2(+)/10

to wszystko co mogę dać.

Nie potrafię wyraźnie stwierdzić, co, już w trakcie oglądania filmu pozwalało mi się zastanawiać nad pierwszym zdaniem pod tytułem tej notki. Jeszcze ciekawsze było to, że już pod koniec miałem w głowie ułożony szkielet całej recenzji, a końcówka, przy której w środku dnia zdawałem się usypiać, dała mi całą ideę napisania tej notki.
oszołom – tak, musi być w każdym filmie, jako „ten który wie wszystko, wpierdala się tam gdzie nie trzeba i czeka na koniec świata”. W Starciu – wkurwiał jak jasna cholera i miałem nadzieje że zaraz umrze, umarł na końcu i to obniżyło ocenę z 8+ na …właśnie 2. Kurwa!

2 comments

  1. Reply

    Czytałam to chyba z dziesięć razy choć mnie bolało jeszcze mocniej za każdym następnym razem w celu znalezienia sensu i spójności tego wszystkiego…

    Pierwsza rzecz jaką zauważyłam ,to że masz jakiś pojebany pociąg to holiwódzikich panien i iście w mickiewiczowskim stylu opisujesz ich cycki, oczy czy wargi sromowe. Jedyny w tym problem, że jest to po prostu zajebiste, tak bardzo chłopcze że tylko Tobie się chyba to podoba =^.^=
    Tyle w temacie recenzji filmu i całej reszty

    Sprawa dwa… Ochhh Twoja zajebistość, i obojętność na ten cały świat mnie rozpierdala i tutaj dam cytat „Nie szukam przyjaźni, nie szukam miłości. Nie chce się zakochać, ani nie chce być różnie interpretowany…Będzie mi niezmiernie miło, jeśli wzbudzę któreś z niewymaganych, powyższych uczuć w którymś z was”

    Tak po prostu jeżeli któraś z nas zobaczy to wszystko powinna zagwizdać wargami sromowymi i pragnąć oddać Ci swoją niewinność…
    Kogo Ty chcesz poderwać na taki tekst swojego borsuka czy jakaś dziewczynę z bloga zgwałcona.pl ?
    Proponuję tam przyjebać metaforą i anegdotą to może Ci się uda pozbyć trądzika z twarzy jedyną słuszną metodą. Ewentualnie dorzucę jeszcze jeden cytat ostatnio mój ulubiony =^.^= „pedały stoją gdzie indziej, trochę dalej” to tak jak by Ci się nie udało ze zgwałconą.
    A teraz wybacz, ale idę rozpruć swoją niewinność i kobiecość szczotą do kibla, bo tak bardzo mnie rozpierdalasz…

  2. Reply

    Tak, zgodzę się, pracuję jeszcze nad spójnością w tekstach i konstrukcją, tu masz niezaprzeczalnie rację, a to, że takie rzeczy publikuje to kategoryczna zbrodnia. Ale:

    Mój pojebany pociąg do Hollywodzkich panien zaczał się notkę temu przy Penelope Cruz, skończył na tej notce. Dobrze, że zauważasz takie skłonności na przestrzeni 2, słownie dwóch notek.

    Nie opisuje ich cycków, jeszcze mi dalej do opisywania warg sromowych, oczy – i owszem.

    Uzasadnienie rozpierdalającej Cię mojej zajebistości mnie też rozpierdala, serio. Dałbym jakiś, równie pasujący cytat, najlepiej z mojego ukochanego Mickiewicza.

    No i wreszcie: nie, nie trzeba pisać takich rzeczy żebyście się oddawały, nie trzeba pisać niczego, ale ja piszę i co z tego, że po zacytowaniu mnie samego, gdzie piszę, że tego NIE CHCE (…) ty zadajesz pytanie, czy chce.
    Ciesze się, że rozbudziłem w Tobie takie emocje i trafiasz na listę ludzi, których „tak to rozpierdala, że nie mogą usiedzieć i nie napisać komentarza”.

    Borsuki love

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s