Hej Miła

Zbliżała się trzecia nad wieczorem. „Nad” pasowało w tym właśnie momencie „nad”wyraz dbale. Dbale o szczegóły, a właściwie o jeden. Ona to już nie była ona, to miejsce nie miało nosić
miana tego miejsca, a jemu po prostu za dużo się wydawało.

Chcesz się wczuć, włącz sobie to:  klikmychą

Noc, cytując klasyka, jak każda inna, jednak w tym niemrawym obślizgującym ich świetle wyglądali zgoła inaczej. Kiedy mówię zgoła, nie chce zaznaczać naderwanej miniówki Miłej, czy też zużytych butów Przema. Nie chce nawet nadmieniać ich złożonej sytuacji, która otwierała się zaraz przed ciemną dupą by runąć w jeszcze ciemniejszym gównie. Problem, mieć czy nie mieć. On nie miał, ona miała. On nie miał pracy, ona miała go dość.

Siedział tak, ciągnąć ostatniego dżointa. Próbował przypomnieć sobie ten łajdacki w swej talii życia moment kiedy przyszła do pubu i wyjęła papierosa. Jej nadgarstek wyznaczał mu linię perspektywy wg której obejmował ją pijanym wzrokiem. Nie pasowało jej, że on jest inny, że potrafi się wyróżnić bez zbytniego oznajmiania tego całemu światu. W jego dzielnicy Przemo zwany był „swoim”. Może to ze względu na nieswojo wyglądający zarost, dziwne strzępy szelek owinięte wokół głowy czy niepozorny Hed Szterling zwisający mu u pasa. „He, kto w tamtych czasach zwracał uwagi na swobodnie zwisające Malezyjskie maczety? Phe.”

Tak to się zaczęło i chociaż nie chciał rozpamiętywać tych urwanych rozmów, które w wyścigu o jej serce przegrywały z wąsistymi jak stary Joe monologami – wiedział jedno, czas wyjąć Winchestera. O tak, kochał go jak własną matkę. Identyczną miłością. Gwoli szczegółu: matki nigdy nie znał, a gdy pierwszy raz miał okazję jej ujrzeć rozwalił jej łeb tym właśnie Winchesterem, rocznik 67, egzemplarz 3 miesiące wstecz od masowej produkcji. Cudo. Delikatnie zazębiona maskara kolta napawała go dumą, a w jej wygładzonych płaszczyznach mógł przyglądać się ukratkiem Miłej.

Odwal się.” – wypowiedziała swoim piskliwym od wciągania wszystkiego co sproszkowane głosem. Tak, tyle wystarczyło dla powstrzymania tej „rozmowy”. Przemo tłumaczył sobie, że szukając pozytywnego schodka, ciepłej płaszczyzny tej znajomości, która i tak zaraz się skończy może sobie tłumaczyć, że oboje przeszli właśnie na ten poziom znajomości gdzie nie potrzeba (już?) spojrzeń, gdzie nie wymawia się ciepłych komplementów, a wszystko rozbija się o jedno, kończące spojrzenie, którego nomen omen bał się niemiłosiernie.

Nie chce” – ni stąd ni zowąd wyrzuciła. „O co… o co Ci chodzi?” – w pośpiechu, gubiąc dźwięczne spółgłoski odburknął Przemo upalając sobie nogę popiołem z papierosa. „Nie chcę tego do cholery. Nie chce i tyle, czy ty tego nie możesz zrozumieć, świrze?„. Był rozwalony, rozpieprzony w drobny mak. Nastąpiła chwila, której spodziewał się od początku. Nienaturalnie wtargnęła z butami w jego życie zabijając w nim jakąkolwiek nadzieje na przedłużenie tego antyutopijnego romansu.

Ale, weź chociaż, weź… weź przestań! Ty, Ty nie możesz!” – wykrzykniki rzucane przepitą do cna krtanią brzmiały bardziej jak żulerskie na wpół zjechane sarkazmem grypsy, niż pozbawione czucia resztki honoru, których właśnie się pozbawił. „Cześć” – odpowiedziała gasząc papierosa o krawężnik, który zdawał się rozprowadzać  migocące w świetle latarni krople odchodzącego deszczu. „Ale…” – urwał Przemo spoglądając na jej twarz. W tym samym momencie, ona spojrzała na niego. Zastygli.

To było to apogeum. Ta miłość, której każde się bało, która była celem, jego uwieńczeniem, i światłem, a jednocześnie morową ścianą i zaprzeczeniem. „To, cześć” – wykrztusił przez skrywane męskością i nieprawdopodobnie pozostawioną resztką dumy. He, tylko ona mu teraz została, tylko ona będzie tu teraz z nim siedziała rozpatrując całą listę opcji, otwieranej przez picie do upadłego, zakończywszy na samym upadaniu. To imponujące, jak przewrotna jest jego romantyczna dusza, dopuszczająca takie tony racjonalizmu i wyrachowania w takim momencie.

Patrzył na jej rozerwaną, koszmarnie gorącą kratowaną mini powiewającą w takt wiatru. Patrzył na dym papierosa unoszący się znad jej prawego ramienia. Patrzył na refleksy świetlne i bal wodnych miraży kształtujących jej cholerną sylwetkę. Jej pieprzoną burzę krwistych jak gotująca się w nim krew włosów, jej … jej. Patrzył, ale… już jej nie widział. Jej, już nie.

Coś się kończy,  coś się zaczyna.

.

The Sandbox – Tribute



One comment

  1. Reply

    PIASKOWNICA PIASKOWNICA! Chcemy więcej, chcemy więcej! Musze to w końcu obaczyć ; )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s