Muzyczne eksploracje 2

Po raz drugi, odcinek względnie środkowy.

Miałem taki zastój, tak rozwalony czas, tyle ton aktywności i brak jakiejkolwiek weny – to pomyślałem sobie, ze można by było w końcu kontynuować jakiś wcześniejszy tekst.
No to jest.

♦ 10 i pół środkowych kawałków, które zmieniały mój muzyczny świat. ♦


Limp Bizkit – Take a look around

W momencie, kiedy pierwszy raz uświadomiłem sobie, co to za piosenka, ustawiłem ją sobie na półce „Fajne nuty z reklam” i siedząc wpatrywałem się w wizualizacje winampa, jakbym miał udar mózgu – zrozumiałem, że  są zespoły, które mają tylko jedną dobrą piosenkę i nic nie mogą z tym zrobić. Co gorsza, cały mój subiektywizm tego wieczoru zapadł się pod ziemię, do dziś go nie znalazłem, nigdy nie zacząłem szukać. Dobra, dobra – szkoda tylko, że ludzie tak mało jej udostępniają, szkoda.

Guano Apes – Open your eyes

Często ludzie pytają mnie o mój wyimaginowany szowinizm męski i wbudowaną niechęć do damskich wokalistek. Tłumacze się zawsze tak samo: wokalistką Guano Apes. Dlaczego? Cała magia zamyka się w sytuacji, kiedy to dowiedziałem się, że istnieje, co więcej śpiewa „Open your eyes” i nie jest facetem o zniewieściałym głosie. Tak mnie to wpieniło, uraziwszy dumę, że po dziś dzień tylko na dźwięk głosów Chylińskiej, Enya’i, wokalistek The Cardigans i  Sonic Youth na swój sposób mi staje. Reszta, do pieca.

FatBoy Slim – The Rockafeller Skank (Funk Soul Brother czy chuj wie co)

Ja nie wiem, ta piosenka zabiła mi jaźń którejś posiadówu u św. za życia Nema i naszych wspólnych ziomalskich eksploracji przestrzeni muzycznych wszechświata. Każdy nazywał ją inaczej „Rajdebrokneł”, „Fonksołbrawa” czy też „Retetetete”. Piekielne bity, rozrywające jądra slajdy i ta rozpierdalająca syrena w 2:15 – audio orgazm. Kolejna pozycja, którą DJ’je lubelskiego półświatka winni sobie wyryć na czołach, po czym czekając aż przypadne na parkiet – nabijać w densa. Piona jak w morde strzelił w tym rankingu.

Bon Jovi – It’s my life

To dzięki mojej z metra ciętej części rodzeństwa. Kiedy to jeszcze MTV nie pozbyło się ze znaczka M (napisze o tym kiedyś), to leciały non stop takie napędzające nastki hot brzmienia. Podniecający teledysk (nomen omen, ta woda bardzo na czasie :), nie podlegający połowicznemu rozpadowi Bon Jovi i multum tańczących dup. Nie wiem czy moje życie aż tak się zmieniło po tej piosence, dalej szukałem i szukałem, tak jak nie pomógł mi za pierwszym razem SOAD, tak i Jovi nie dokończył dzieła. Było niestety potem tylko trudniej.

Marilyn Manson – Sweet Dreams

Pierwsze co o nim usłyszałem, również dzięki damskiej częście rodzeństwa to to, że odgryzł kurczakowi głowę na koncercie. Moje zepsucie względem oglądania bajek było chyba tak duże, że równie dobrze mógłbym usłyszeć że włożył sobie ten pre produkt KFC w dupę, a bym się nie przejął. Jednak, zacząłem słuchać Mansona. Czułem się heavy, dark i moja szafa poczęła się zabarwiać na czarny mhrok. Mniej więcej wtedy odnalazłem pierwszy sens grania na gitarze. Bałem się sam siebie, śniłem koszmarne koszmary o kontenerach czarnych żyletek, siekier i szpadli szatana, a cały świat mówił mi żebym kogoś zamordował. Na szczęście – znów przyszedł dance.

Daft Punk – Harder, Better, Faster, Stronger

Po dziś dzień ich kocham za tą piosenkę. Nie dlatego, że większość znajomych myli ich z Lady Gagą, Danzelem, O-zone, albo Tiesto. Nie dlatego, że nikt nie potrafi zaśpiewać refrenu, a internet dostaje zatwardzenia od ludzi z zapisanymi tekstami tych piosenek kończynami i rozsynchronizowanymi ruchami ciał. Nawet to, że moje fantazje z tańczeniem tak jak ci idioci z YouTuba, tylko że nago – są nie do spełnienia. Po prostu, prywatna kolekcja geniuszu z dwoma facetami w hełmach i retro – dance oprawą mnie podnieca.

Alexisonfire – Rough Hands

Nienawidze screamo, emo, krzykaczy, tekstów o mordowaniu wewnętrznego ja i spuszczaniu niepotrzebnej krwi, co by latać jak balonik. Nie po stokroć. Niestety, ta piosenka, a szczególnie linia basowa jest bardzo bardzo. Refren już całkowicie mniej, ale jak sobie wyobraże, że ten wokalista ma dałna – nawet mu współczuje i zaczynam wczuwać się w nastrój piosenki.

Metallica – Master of Puppets

Oklepane, wieeem. Klasyka, wieeem. Ale to jedyna piosenka, do której zawsze przed obiadem wystukuje rytm i druga, która argumentuje moje zapuszczanie włosów. Chyba wtedy nastał mój wspaniały okres miłości do Metalliki. Nieznajomość MoP’a to świętokractwo, nawet się nie przyznawajcie. Co ja się będę rozpisywał. Cytując klasyka „Metalika skończyła się na Kill’em All”. Nadmienię tylko, że od 3:31 wpierdala mnie ciarami od stóp do głów i to na raz.

Muse – Knights of Cydonia

To owoc moich niekończących się podejść do przejścia tejże piosenki w Guitar Hero III. Oczywiście, teraz jestem mistrzem i kiedy jeszcze w Empiku stało GH z kontrolerem, wyrywałem miejscowe blachary. Teraz przechodzę abstynencję, ale kiedyś i tak sobie kupię. Co do Muse, już nie kocham się w Bellamym, nie uważam go za gitarowego boga, a prócz KoC’a, polecić mogę In your world, Map of The Problematique (!) i oklapane jak pupa Ani z Zaborza Time is running out. + oczywiście cały album HAAARP na wembley.

(chce taką marynarkę)

The smashing pumpkins – Soma

Prawdopodobnie najlepsze romantyczne podrywy w sesji na gg miałem właśnie przy tym utworze.  Melancholijny głos Billiego Corgana, magiczne dźwięki gitar i pierdolnięcie pod koniec. Spłyciłem, ochatałem, ale jak masz okres, nikt Cie nie kocha, albo zerwałeś sztachetę z płotu i zastanawiasz się nad sensem istnienia – dobij się, posłuchaj Somy.

Franz Ferdinand – Take me out

Wtedy to otworzyłem się na indie, zacząłem ubierać się jak skończona pizda, dużo z tego mi zostało po dziś dzień, a moja chęć bycia fajnym wśród kochających mój despotyczny oryginalizm ludzi stanęła wyżej niż marzenie o posiadaniu 25 cm penisa, na czole. Świat zaczął na ćwierć mgnienia wędrować, skakać i klękać przy zespołach, których 99% nazw zaczyna się na „THE”. Nie wiem kto zrobił im coś tak strasznego, żeby wszyscy nazywali się The Bojlers, The Problems of the Reedhead Girls, The Sperminators. Po dziś dzień jednakże The Strokes, The Subways, Bloc Party, Modest Mouse czy The Cure stanowią malutki przerywniczek co jakiś czas, to mnie cieszy i jest fc barcelona :)

Zastanawiałem się długo, co walnąć teraz. Nie walnę nic, tylko podzielę całą drugą część, na części conajmniej dwie. Druga będzie może nawet jutro. W kolejnym odcinku na pewno znajdzie się Gorillaz, Myslovitz, Led Zeppelin, Nirvana, Tool i Coldplay + niespodzianki. Podziękował.

PS Tak, co bym nie zapomniał o warstwie rozrywkowo cynicznej. Poza rankingowo, kolejny przebój po „Tutti Frutti” (tak, z FB)

Aż mnie natchnęło do napisania tematu o pół-transwestytów – jak tak na te dziewczyny popatrzyłem.




2 comments

  1. Reply

    czytając Twój tekst już się bałam, że nie wspomnisz o mojej ulubionej piosence pana Tomasza.
    a jednak.
    czyli będą z Ciebie ludzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s