Ty, razy sto dwadzieścia trzy

Lukrowano eksperymentalne podejście do tematu poświęcenia tryliona czystszych  dla przysłowiowych 3 sekund.

Piosenka do tekstu – zalecam kilka razy sobie puścić w czasie czytania.

Stał wśród świdrujących płatków śniegu. Jego sylwetkę nakreślały jedynie przenikające lekko promienie pomarańczowej latarni. Każdy z płynących w powietrzu lodowych diamentów łagodnie głaskał jego czarny płaszcz zsuwając się po jego gładkiej powierzchni, by w pełnym cudownej gracji tańcu ułożyć się wśród migocących, zamarzniętych kropel spowijających całą ulicę.

Przystanek rzucał szaro brunatny cień na ludzi, którzy w pośpiechu przemijali między dwoma kawałkami brunatnej blachy. Tak jak zawsze potrafił wgłębi siebie mieszać ich z najbardziej szarą masą, jaką mógł sobie uzmysłowić, tak teraz współczuł im w sercu. Nie dawał się jednak ponieść temu nużącemu uczuciu, mając w sercu magię tej chwili. Chwytanie każdego momentu, każdej chwili, która jak w kryształowa budowała tą cudowną chwilę.

Jego zielony szal opadał cienkimi nitkami na błyszczące się, czarne guziki. Nuty spowijały się w arpedżia, arpedżia w akordy, akordy w takty. Melodia kołysała się, co raz odbijając subtelnie od niewidzialnej tafli uczuć w subtelnych dźwiękach fortepianu. Wiatr powiewał jego grzywkę koloru mahoniu, która w tym świetle wydawała się matowo brunatna. Podniósł swoje niebieskie oczy, doglądając zaspanej w białym puchu ścieżki prowadzącej na wzgórze.

To nie był jeden z tych momentów, które rozpatruje się na cienkiej linii podziału czasu. Ona nie miała się ani kończyć, ani trwać. Od samego jej początku, poprzez jedwabne nici czasu nie posiadała ani pierwszej, ani ostatniej nuty. Takty wydawały się przenikać, czas zwalniał, a on czekał. Czekał, wiedząc, że cud tej chwili nie skończy się w jednej sekundzie, nie odejdzie i nie uderzy w niego. Nie będzie gwałtownego przerywnika.

Karmazynowy mat jej płaszczu spowity nieregularnymi kawałkami materiału, które objęły puszyste płatki śniegu począł wyłaniać się z półmroku ścieżki. W swojej romantycznej analizie jej postaci wyróżniał najdrobniejszą cząsteczkę, najdelikatniejszy atom jej subtelnej sylwetki.  Jej brązowe oczy, choć tak odległe świeciły ciepłymi barwami. Kochał jej spojrzenie. Dokładnie to, które rano zabierało mu całą jego racjonalność, cały rozsądek i niczym szkło rozbijało jego złote myśli, które wmawiał ludziom na swojej drodze życia.

Choć od przystanku do wzgórza nie było więcej niż kilkanaście kroków oboje pielęgnowali tą chwile. Świadomość nieustającej magii i subtelności, która nie miała zamiaru się kończyć, tylko trwać i spijać z nich to, czego pragnęli najbardziej odbierała im jakiekolwiek reakcje. Wszystko stało się statyczne. Piaski czasu w diamentowo błękitnych klepsydrach globu przestały się przesypywać. Szafir rozświetlał nikłe sylwetki okrytych kapeluszami i ciepłymi płaszczami przechodniów.

Niczym milowy mur wyrastała ciemna powłoka kontrastu, pomiędzy zatopionymi w magii chwili, a nieokreślonym zbiegowiskiem nie mogącym się zatrzymać. Choćby na sekundę, by spojrzeć w bezchmurne niebo, gdzie złoto gwiazd w subtelnym tańcu przewijała się z błyszczącym kryształem.

Ciepło jej tonącego w różu policzku rozlewa się po jego purpurowych od zimna ustach. Opadające rzęsy delikatnie osuwają się po jego brunatnych włosach znajdując schronienie blisko niego, wtulone w ciemny płaszcz.

Rozumienie się bez słów nie wystarczyłoby do opisania zbliżenia ich ciał. Siła myśli i uczucia przedzierała się tak wyraźnie, że wplątanie słowa w tą atmosferę, byłoby zbrodnią. Zbrodnią przeciw naturalności i lekkości. Przeciw miłości i artyzmowi. Bóg artysta, deus artifex, nakreślając w wielkiej księdze przeznaczenia ten moment oddał wszystko, co czyni ten świat, ten glob, to universum jedynym, pośród niezliczonych.

Wszystkie idee, wszystkie filozofie, choć zakładają poszukiwanie prawdy, nie znaczą absolutnie nic w tym momencie. Są tylko pustymi, zgrabnie i nazbyt formalnie uformowanymi konceptami, które niczym nieprzydatne nikomu są odrzucane w kąt. Na ich miejsce przychodzi miłość. Ta patetyczna, ale naturalna. Naturalnie wynikająca z cudu stworzenia, cudu kreacji, cudu sztuki.

Choćby lawina głosów nieprzeniknionych zastępów ślepców krzyczała, że ten świat, ten spowity tęczą przeżyć, paletą przygód i nieogarniętą przez największego poetę miłością jest daleki od perfekcji, to niech ta chwila trwa. Niech mimo wszystko, na wskroś buntu, na przeciw większości i potędze śpiewa i krzycząc szeptem wlewa w usta tych dwojga bajeczny pierwiastek świata.

.620.

8 comments

  1. Reply

    Przedostatni akapit dobry

    a całość – jak w jakimś kuffa harleqinie :P

  2. Reply

    Zburzę romantyczny nastrój, ale przypuszczam iż Dziadek Czasu był tam-gdzie-zazwyczaj-chodzi-sam-lub-z-gazetą, stąd ten zastój w czasie opisany w notce^^

  3. Reply

    Nie ładuje mi się komentarz do piercingu, więc ogłoszę tu wszem i wobec, że kolczykowi wpis jest – o ironio – bardzo smakowity, a zdjęcia nadają się do guidebuka „trąd dla początkujących”. (:

  4. Reply

    @akniwlamm

    no, czuje mocno ze przelukrowałem, ale co tam. eksperyment to eksperyement :)

    A co do kolczyków i komentarzy niedziałających – wordpress coś sie dławi ostatnio, przepraszam za niego i bu.

    senkju for koments

  5. Reply

    ciekawe czy bez „mad world” spodobałoby mi się to co przeczytałam tak samo. nie będę próbować.
    niesamowite.
    +

  6. Reply

    @anita
    O to właśnie chodziło, dziękuje dziękuje, zdaje się wierzyć, ze jednak takie czysto romantyczne teksty mi poniekąd wychodzą.

    To będzie więcej : )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s